Przejdź do treści

Rozczarowanie….

„Tyle razy rozczarujesz się sobą, ludźmi dookoła, tym, co przynosiło Ci radość, miejscem, gdzie myślałeś, że należysz. Ale dzięki temu oczarujesz się Bożym Miłosierdziem” słowa na pożegnanie. Wyjście z pustyni gdzie poznałeś Boga. Z azylu, samotni, ciszy. Mając być jak dom na skale, nie do zburzenia przez miotające wiatry. Wiara nie do zachwiania, podważenia. Bez szpary na wbicie klina między tobą, a Bogiem.

A jednak. Zawód. Zawód rzeczywistością. Zawód ludźmi. A największy – zawód sobą. Że chcesz ulec pokusom, że jesteś atakowany wątpliwościami, zniechęceniem, swoją słabością. Że nagle nie umiesz tak łatwo doszukiwać się Boga w życiu, to wszystko, co głosiłeś w zaciszu swojego serca, zostanie poddane próbie przełożenia na rzeczywistość. Wyprawa ku szukaniu swojego miejsca w materialnej rzeczywistości, wśród ludzi tak łatwo odciągających cię od tej błogosławionej ciszy i samotności przybliżającej ku Bogu. Weryfikacja tego, jak solidne fundamenty podłożyłeś pod miłość ku Niemu. I nagle doznajesz szoku – bo zaczynasz się chwiać. Atakowany przez pokusy, obrazy słabości, które kiedyś cię rzuciły na kolana, zwątpienia, brak wsparcia wśród tych, których w większości spotykasz. Niezrozumienie wielu sytuacji, nieumiejętność tak łatwego odnajdywania Boga w każdej chwili, przyjmowania wszystkiego, co otrzymasz i brak hamowania wszystkich pragnień, które wiesz, że nie muszą zostać spełnione. Pycha pewności swojej wiary, swojej mocy w budowaniu relacji z Bogiem, siły, by codziennie walczyć o tę miłość.

Ilu z nas po każdym momencie, kiedy wydaje nam się, że wróciliśmy do Boga, zjednani, odnaleźliśmy Go – znowu zostaje wrzucony w wir życia i znowu upada. Kolejny zawód sobą. Skłaniając się ku myślom, że się ulegnie, pretensje, że ta droga nie jest taka łatwa, że jest się tak słabym, że nie ma stałości w swojej pewności tego kim się jest i na co każdego stać. Świadomość swojej kruchości i tego jak łatwo nas złamać. Nieumiejętność przyjęcia tego brzemienia. Niezrozumienie tego, co się dzieje. Lęk przed przyszłością i przeszłością. Ile razy jeszcze mamy doznawać zawodu wynikającego z tego, jaka jest nasza natura, jak bardzo potrafimy niszczyć siebie, świat, ludzi, jak wielu pokusom możemy ulec?

Jak ogromne jest rozczarowanie sobą, mając takie myśli zwątpienia wiedząc, że Bóg jest? Jak bardzo oddalają nas sytuacje, kiedy odrzucamy Jego bliskość obezwładnieni swoją niemocą? Jak wiele niezrozumienia tego, co się dzieje i nieumiejętność przyjmowania dosłownie wszystkiego zamyka nas na przyjrzenie się każdej rzeczy i szukania w tym choć okruchu piękna albo odrobiny nadziei, która wystarcza by uratować sytuację? Jak bardzo brakuje nam w tym świecie ludzi, którzy będą nawracać, a nie jedynie zostawiać cię samego z bladym pojęciem jak i gdzie szukać, lepiej lub gorzej, Boga? Jak ogromnie boimy się tego, kim się staniemy, kiedy upadniemy całkowicie, myśląc, że nie będzie już ratunku? Czy potrafimy przyjąć takie swoje słabości, których się wstydzimy, które są mimo, że chcemy żyć z Bogiem i w teorii nie powinny mieć miejsca?

Tyle pytań zostaje bez odpowiedzi, tyle rzeczy nie do zrozumienia, tyle momentów kiedy nie będziemy mieć siły walczyć o to, co ma nas ratować. Tyle razy chęć oddania tego wszystkiego komuś innemu, by to zabrał i coś z tym zrobił. By spojrzał na ciebie – z tymi pokusami i niedoskonałościami i powiedział ci co z tego dobrego można ulepić. By uczynił cię cierpliwym i pokornym, by nie męczyło cię wszystko, co cię niszczy. Byś już tak bardzo nie zawodził się swoją słabością, tym, że nie powinieneś Go odrzucać i nie powinieneś mieć problemu, żeby iść za Nim codziennie. Żebyś potrafił podążać za swoim pierwotnym powołaniem – zakochiwaniem się w Nim każdego dnia.

Tyle razy ile to się dzieje w swoim życiu – poznasz, że to jest nic. Że nie ważne jak długo byś zwlekał, że nie ważne ile tych momentów, kiedy masz tego dosyć, jak ogromne emocje Tobą szargają i jak bardzo chce Ci się krzyczeć – możesz do Niego po prostu przyjść. Taki jaki jesteś. Rozczarowany, sfrustrowany, słaby, wiecznie upadający. By wiecznie doświadczać Jego miłosierdzia. Zawsze jest nadzieja. Zawsze jest Jego miłość. Choćbyśmy przyglądali się jej z daleka, próbowali się do Niego zbliżyć przybierając maski idealnych, silnych, niechwiejących się, mieli żądania nieprzystające nam, rozwalali ze złości wszystko na swojej drodze – zawsze można oczarować się Jego miłosierdziem. Nie ważne ile czasu będzie się potrzebować – zawsze jest nadzieja. Droga, którą możesz obrać. Na którą możesz wrócić. Nawet jeśli stawiasz małe kroki, większość czasu bardziej się cofasz niż idziesz do przodu, boisz się zawrócić kolejny raz, wiesz, jak łatwo możesz od Niego znowu uciec – On i tak będzie czekać na Ciebie, nieskończenie cierpliwy. Aż ulegniesz najszczerszemu pragnieniu sercu – spotkania Go i doświadczenia Jego miłości. Bo do tego zostaliśmy powołani.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *