Last updated on 3 listopada 2020
…że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.
Mt 16, 22-24
To jest nasza natura. Bronimy się rękoma i nogami przed tym, co możemy stracić. Przed wyjściem ze strefy komfortu, zgubieniem tego, do czego jesteśmy przywiązani, pozbyciem się tego, co za bardzo nas oddala. Nie rozumiemy istoty chrześcijaństwa. Mydlimy sobie oczy mówiąc, myśląc, że miło jak jest Bóg, który czuwa, troszczy się o nas, kocha nas bezwarunkowo, a przez to sprawi, że nam się w życiu ułoży i z łatwością poradzimy sobie z nim. Tworzymy sobie obraz rodzica, którym rozpieszczone dziecko, czyli my, może manipulować licząc na to, że dostanie wszystko, co sobie zapragnie. I jak ogromne jest nasze rozczarowanie, kiedy pojawiają się trudy, pokrzyżowane plany, rozwalające się przyjaźnie, upadki, nasze błędy, braki. Myślimy sobie – czemu nie dzieje się tak, że czuję się dobrze, że jest mi komfortowo, że nagle muszę sobie radzić z czymś, co nie niesie wygody, spokoju? Łatwo uciec się do żądań, by naprawić, by pokierować inaczej, by zmienić sytuację, odmienić jakąś osobę, utorować mi jakąś drogę ku mojemu celowi.
A tak naprawdę nie jesteśmy powołani do tego, żeby przeżyć wygodne, dostatnie życie, pełne pozytywnych relacji, sukcesów. To wszystko, do czego my się przywiązujemy – dobrobyt, niezmienność w pomyślności, uciechy, osiągnięcia – nie znaczą nic. Bo Jezus wyraźnie wskazuje – najpełniejsze życie jakie można mieć to przez bycie zabitym, po to by zmartwychwstać. Piotr ignoruje najistotniejsze słowa – powstanie z martwych. Dla niego epicentrum staje się to, co nam wszystkim tak często przysłania cel, czyli śmierć. A droga by wyzwolić się od niej najczęściej jest pełna trudów, nie zawsze jasna, wielokrotnie bolesna. Dlatego, ograniczony do takiej perspektywy, skupiony na jednym wycinku zdania, zaczyna robić wyrzuty – dokładnie tak jak my często robimy. Że nie jest kolorowo, nie jest tak, jak ja chcę, że Bóg na to pozwala. Nie potrafimy zmienić myślenia, które jest przywiązane do tego świata i do naszego ludzkiego postrzegania. Zawężając się do swojej perspektywy, nie sięgamy głębiej, nie umiemy odsuwać tego, co przejściowe, chwilowe, a przez to ciężko nam szukać celu, dostrzegać dlaczego ta droga musi być tak ciężka, trudna, rozumieć jej istotę i formę.
Nie jesteśmy świadomi, dokąd zmierzamy, że na końcu jest zmartwychwstanie, które dokona się dopiero jak umrzemy. Nie tylko fizycznie. W tym wymiarze jest to wręcz marginalna sprawa. Ewangelia jest obrazem naszej duszy. Cudy uzdrowienia dzieją się przez działania na nasze wnętrze, czyli to co jest nieśmiertelne i nieprzemijające. I patrząc na śmierć przez aspekt spirytualny – musimy w naszym sercu wyzbyć się wszelakiego przywiązania do obecnego świata, by być w stanie postawić Boga, prawdziwie i definitywnie, w centrum wszystkiego. Że my musimy tracić w tej rzeczywistości, by zyskiwać na tym, co wychodzi od Niego. Że nawrócenie nie dzieje się przez działanie wychodzące od ludzi, ale od Ojca. Że źródło miłości, dobroci, nadziei i radości nie jest trwałe w ludziach na tym świecie, zajęciach, którymi się trudzimy, pasjach, które dzielimy, chwilowych emocjach, które nam towarzyszą.
Musimy badać głębie, szukać naszej studni i z niej czerpać wodę. Jednak jej pobranie wymaga od nas pracy, chęci dotarcia do źródła, upewnienia się, że w środku jest coś życiodajnego. I zadania sobie pytania – czy ono zaspokoi nasze pragnienie? I czy w ogóle jesteśmy świadomi, jakie jest nasze pragnienie?
Bóg chce zbierać z naszej drogi zawady, które rzuca nam ten świat. Chce oduczyć nas myślenia po ludzku. Nakierować na patrzenie perspektywiczne. A ile razy mówimy mu – niech Cię Bóg broni! Tak się nie może stać. Krzyż nie jest drogą do zbawienia! Jak chcemy być móc ratowani bez fazy ryzyka, że coś nam może zagrozić? Jak chcemy kogoś poznać kiedy sami tkwimy w skorupie, która nas od kogoś oddziela? Jesteśmy tak skrępowani tym, co my chcemy, co my myślimy, widzimy, postrzegamy. Obraliśmy swój cel na tym świecie i dziwimy się, że będąc powołani do czegoś innego nie umiemy dobrze orientować się w miejscu, w którym jesteśmy. Że mając szukać czegoś co wykracza poza to, co ludzkie – doznajemy szoku poprzez to, że nie mamy tego podanego na tacy w naszej błahej codzienności.
Dlaczego nie odkrywamy głębi i znaczenia naszego życia, powołania? Czy jesteśmy gotowi wyjść poza ludzką pespektywę, zabić w nas to ziemskie postrzeganie i ocenianie sytuacji? Chcemy przyjąć prawdziwy sens istoty naszego życia? Czy może wolimy robić wyrzuty mówiąc – nie, to nie może się dokonać taką drogą. To nie może być od Boga. Bo to nie wpasowuje się w mój obraz Stwórcy, istoty życia, powołania i ścieżki ku zyskaniu wszystkiego.

