Przejdź do treści

Obrona (?) wiary

Last updated on 22 listopada 2020

Jestem osobą, która wielokrotnie stara się ogarnąć wiele rzeczy rozumem. Doszukuję się logiki w prawie wszystkim. Odkrywając wiarę zachwycam się tym, jak Bóg otwiera mi oczy na rzeczy teraz tak oczywiste i sensowne, a wcześniej tak łatwo niedostrzegane lub ignorowane. Te wszystkie kropki, które przez ostatni czas tak genialnie połączyły mi się w głowie postanowiłam przekazać osobie całkowicie ateistycznej, interesującej się religią z racjonalnej, ziemskiej perspektywy. Wydawało mi się, że opowiedziałam o Bogu tak, że trafi to centralnie w punkt. Byłam zadowolona z działania Ducha Świętego, tego jak mną pokierował i jakie dał mi słowa. Z niecierpliwością oczekiwałam odpowiedzi na moją wiadomość myśląc, że na pewno poruszę serce, wzbudzę wątpliwości i zmienię coś swoimi słowami.

Dostałam długą odpowiedź. Z dyskusji wyjęłam kluczowe punkty. Możliwe, że nie będą niosły takiego impetu ataku, z jakim ja musiałam się zmierzyć, ale uważam, że warto je przytoczyć, by mieć do czego się ewentualnie odnieść.

„Nie przekonuje mnie to ani trochę…
Jak Ty pięknie tworzysz swojego Boga na swoje podobieństwo. Raz mówisz, że nie da się go zrozumieć, bo to niepojęte, by potem iście swobodnie przejść do jego iść ludzkich dylematów dotyczących miłości…
Ślepa wiara jest najlepsza na ból. I bez znaczenia, czy wierzysz w Jezusa, Mahometa czy innego boga. Fanatyzm jest ślepy, ale jest taki łatwy. Teraz ludzi leczy nauka i technologia…
Jezus był jednym z setek samozwańczych proroków tamtych czasów. Gdyby nie Paweł zapomniano by o Jezusie w przeciągu dziesiątek lat…
nie wiem skąd czerpiesz informacje, że w takim zakresie ludzie odczuwają cierpienie. kościół katolicki jest bardzo zręczny wprowadzając już z samego faktu narodzin grzech i cierpienie, aż do śmierci by nadać sens śmierci Jezusa.
Dla mnie chrześcijaństwo pawłowe to mit. Od początku chrześcijaństwo jest prowadzone pod dyktando ludzi. Po pierwszym soborze chrześcijaństwo jezusowe zmieniło się w pawłowe. Ewangelie spisano po tym soborze… tak, myślę, że na pewno zostały wybrane wypowiedzi Jezusa, które im odpowiadały. Są od początku dopasowane pod nich, twórców kościoła.”

Zostałam zbita z tropu. Z jednej strony przed chwilą zachwycałam się ofiarą Jezusa na krzyżu przekonana, że nikt, nigdy nie zachwieje mojej wiary. Z drugiej dostałam masę rzeczowych, logicznych argumentów, na które bardzo ciężko było mi odpowiedzieć. Mi samej wydawało się to dość sensowne rozumowanie i przyznałam przed nim i przed sobą, że te argumenty mogą być trafione. Nie ze wszystkimi się zgodzę, nie wszystko przyjmuję. Uważam natomiast, że jeśli chcę bronić wiary, chcę ją umacniać i chcę być gotowa by codziennie podejmować decyzję, że najbardziej w życiu będę kochać Boga nie mogę być głucha na argumenty przeciw, bo tylko wiara poddana próbie ma szanse się nie złamać w najcięższych momentach mojego życia. Jako osoba, która jest dopiero na początku poznawania Boga, ale jednocześnie pod wpływem działania bardzo silnego haju Ducha Świętego, muszę być przygotowana na wstawanie z upadków. Nie tych ludzkich. To co zabija ciało nie zagraża mi tak mocno, jak to, co zabija ducha.

Czy obudził we mnie wątpliwości? Tak. Czy odrzuciłam Boga? Nie. Czy zastanawiałam się czy On jest, czy to nie jest wyłącznie wymysł ludzki? Tak. Genialne poplątanie z pomieszaniem. Ale dokładnie taka jest Biblia, taka jest wiara, taki jest obraz, nas, ludzi, taki jest codzienny stan duchowy człowieka, gdzie jesteśmy wręcz zbudowani z mieszaniny przeróżnych emocji i uczuć, niepewności i lęków, wątpliwości i pytań, multum możliwości wyboru i tak niewielu właściwych decyzji.

Ale czy na pewno? Czy każdy jest doświadczony trudami, cierpieniem, wątpliwościami, pytaniami o sens życia i istnienie Boga?

Mam przed oczami obraz tego, jakie są dzieci. Śmieją się na maksa, cieszą się z drobnostek, doceniają obecność ludzi, których kochają. Płaczą gdy czegoś chcą, gdy coś ich boli lub gdy szukają uwagi rodzica. Są szczere, bezpośrednie, odważne i nieskrępowane tym, kim są. Są w nich od początku rozwijane emocje, są budowane relacje, są zaspokajane i doszukiwane pragnienia i potrzeby. Coś, czego każde dziecko potrzebuje najbardziej jest miłość rodzica.  Jednak wszystko z biegiem lat jest weryfikowane i dostrajane do realiów tego świata dość boleśnie. Im mocniej kogoś kochasz, tym łatwiej może on ciebie zranić drobnostką. Im bardziej ci na kimś zależy, tym cięższe jest odejście pewnej osoby. Im większe masz pragnienia, cele i marzenia tym potężniejszy jest zawód, gdy coś się nie uda, upadniemy i zgubimy się. Ale nasza natura jest jedna. Jako dzieci, gdy jesteśmy autentyczni, nieposkromieni, nieutemperowani, zasiana jest w nas chęć odczuwania miłości, emocji i zaspokajania pragnień. Z czasem jest to w nas dość skutecznie zabijane. Staramy się odsuwać emocje na bok, odczuwać delikatniej, znieczulać się na tak wiele bólu innych i własnych. Relacje przestają mieć dla nas znaczenie, ciężko nam ufać, nie chcemy się otwierać. Tłamsimy w sobie każde pragnienie miłości. Wtedy łatwo zacząć szukać lekarstwa w Bogu. A co jeśli nie każdy tak ma, a tylko Tobie się wydaje, że potrzebujesz miłości? „kto się nie stanie jak te dzieci…” Jeśli nie odkopiesz swojej prawdziwej natury, którą miałeś daną kiedy byłeś jak takie nieporadne, ale za to tak prawdziwie żyjące, miejące tak genialnie otwarte oczy na świat, dziecko to nie poznasz, że potrzebujesz być pokochanym.

Jeśli byłabym wypalona z emocji, wyprana z umiejętności kochania i szukania dobra to możliwe, że sama odrzuciłabym fakt istnienia Boga. Ale do tego stanu duchowego trzeba dojść. Trzeba wejść w te wciągające ciemności, dać sobie powoli umrzeć i zatopić się w bezdennym mroku. Nie każdy umie żyć w takim bagnie braku miłości. Część odbiera sobie życie, część cierpli na depresję, część staje się zanurzonymi w melancholii, błąkającymi się duszami oczekującymi wyłącznie tej drugiej połówki, która da im się światło. Inna część staje się egzystującymi robotami napędzanymi popędami. Zaprogramowani, by zadowalały ich pieniądze, kariera, seks, relacje, samorozwój i nauka. Można nauczyć się żyć w ciemności i się w niej odnajdować macając wszystko po omacku. Ja tak nie chcę. Wiem, że gdy odrzucę Boga to droga, by znaleźć się w jednej z wyżej opisanych sytuacji wydaje mi się jedyną możliwą, którą będę kroczyć. Każdy z nas może.

Ślepa wiara jest taka łatwa, taka przyjemna i taka kojąca?

Im bardziej poznaję chrześcijaństwo, im częściej w prawdzie spotykam Jezusa i mam możliwość dotykać drzewca Jego krzyża, tym pałam większą miłością do ofiary Boga, do własnej potencjalnej drogi krzyżowej, do błogosławienia Boga w cierpieniu i do chęci powstawania z upadków, kiedy człowiek jest wbity w ziemię przez grzech. Coraz bardziej dopełnia mi się miłość Boża w czymś co, z pozoru ją zabija. W bólu, zwątpieniu, słabości, śmierci. Nie mamy brać samego zbawienia, nie mamy przestrzegać tych przykazań, które nam się podobają, nie mamy traktować Jego miłosierdzia wybiórczo, jako prezent, jako zabawkę, jako dogodność, jako ulgę, jako pocieszenie. Wiara to relacja, która kosztuje nas życie. Prawdziwe chrześcijaństwo stawia za mus utratę własnego życia na skutek poświęcenia siebie Bogu, innym ludziom i odrzuceniu w sobie wszystkiego, co zabija prawdziwą miłość. Cały egoizm, zaspokajanie wyłącznie własnych potrzeb, koncentracja na sobie, dążenie do własnych sukcesów i szukania rozkosz schodzi na drugi plan. To ma być kojące? To ma być genialną ucieczką od problemów, prosta droga do odnalezienia pocieszenia?

Jeśli chodzi o to, że Bóg jest i umacnia. Tak. Wyznaję to, że Bóg leczy rany, podnosi na duchu, burzy mur grzechu, powoduje trzęsienia w ziemi by zmieść z powierzchni ziemi budowle wybudowane we mnie z pychy, egoizmu, lenistwa, dbania wyłącznie o własne interesy. Odkrywa te czarne, martwe punkty by tchąć tam życie. Tak, daje sens. Tak, daje siłę. Tak, umacnia. Tak, podnosi z kolan. Tak, obietnica raju jest kojąca. Bo taki jest Bóg, w którego wierzę. Takiego Go doświadczam. Taki mi się objawia. Pełny miłości, gotowy, by przebaczać i ofiarowywać siebie za mnie na krzyżu. I tak, jest to kompletnie głupie i nielogiczne jeśli spojrzymy  z naszej perspektywy. Ale co jeśli postawimy jako fundament, że Bóg jest miłością? Jak spojrzymy wtedy na krzyż?

Grzech, słabość i cierpienie jest nas wmówione od małego. To autosugestia.

Grzech jest czymś co zabija miłość. Słabość to skłonność do zabijania miłości, ulegania grzechowi. Cierpienie to odczuwanie skutków braku miłości. To, że zabijamy miłość jest faktem. Nasza tendencja ukazuje się codziennie. Łatwiej przychodzi nam pójście w stronę burzenia niż budowania. Łatwiej skrytykować niż pochwalić, łatwiej narzekać niż docenić, łatwiej zniszczyć relację niż ją zawiązać, łatwiej coś zranić niż uleczyć, łatwiej osłabić niż umocnić. Łatwiej sięgnąć po substytuty, niż po oryginały. Wolimy wmusić w siebie zadowolenie z cienia, zamiast z idei, bo o to drugie trzeba powalczyć,a  pierwsze jest dostępne od ręki. Mamy tendencję do pójścia drogą łatwiejszą, bardziej namacalną. Tam, gdzie nie trzeba wykazywać się poświęceniem, cierpliwością, spokojem, gotowością by pracować, motywacją by szukać i siłą by walczyć. Zamiast tracić, chcemy zyskiwać. Tylko czy da się wyłącznie dostawać bez dawania?

Cierpienie jawi się nam w oczach jako oksymoron bólu. Jeśli jednak podpiąć pod jego definicję każdą jedną rzecz, w której odebrano nam, nawet w najmniejszym detalu, miłość, to nagle okazuje się, że dostrzec je można wszędzie. Każdego dnia. Jeden nieprzyjemne spojrzenie, jedno przykre słowo, jakaś chwila bycie obgadanym, jedno zdenerwowanie, kłótnia, niedocenienie, odrzucenie, niewysłuchanie, bycie zawiedzionym. Wszystko składa się chrześcijańskie pojęcie cierpienia. Niezaspokojone pragnienia, zawiedzione lub zmienione plany na życie, nieudane relacje i posypane wyobrażenia o tym, co przyniesie jutro. Myślę, że każdy takiego cierpienia doświadczył.

O Jezusie nie zapomniano.

Dlaczego? Bo uczniowie, skitrani przez tygodnie po Jego zmartwychwstaniu, w końcu wyszli z tego wieczernika. Za pomocą Kogo? Ducha Świętego. To On oddziela gorliwe chrześcijaństwo od fanatyzmu. Doświadczenie Jego obecności jest nie do opisania. Choć na łamach Biblii czyny Jego uczniów dość dobrze obrazują skutek. Wyjście z zamknięcia mimo pewnej śmierci, która groziła za głoszenie Jezusa. Nawracanie ludzi akurat w stronę Jezusa, a nie innego proroka. Choć tendencje były, by robić sobie bożków z apostołów i od początku tworzyły się rozłamy, to chrześcijaństwo się ostało. Ludzie nie zapierali się mimo prześladowań. Pomimo tego, że byli tępienie, wsadzani do więzień i tracili wszystko to wierzyli. Na wierze nie zyskiwali nic, co po ludzku jest korzystne. Jedynie Ducha Świętego. On spowodował, że chrześcijaństwo się rozniosło. Zadziałał szerzej niż Jezus podczas swej nauki. Pokierował innymi ze świadectwem o Jezusie do prawie każdego na tym globie. Jezus był jednym z setek proroków. Ale Jedynym, po którym przyszedł Duch Święty. Jedyny, po którym ostało się coś więcej niż kilku wiernych. Jedyny, który mógł tego dokonać. Wiele jest argumentów, że Jego nauka, jego aspekt bycia prorokiem jest nielogiczny. Że te słowa są ciężkie w przyjęciu i niespójne. Wtedy próbuję sobie wyobrazić przed oczami Tego, który ma być posłannikiem Boga. Co by się zadziało jeśli najprawdziwszy Syn Boży przyszedłby na świat, stąpałby po ziemi. Co by mówił, jaki by był, jak by działał? Jeśli przyjmę, że Jezus jest Mesjaszem to nagle Jego bycie sługą wydaje mi się czymś perfekcyjnym, idealnie zgranym. Jeśli przyjmie się Go w swoim sercu, odrzuci się na chwilę swój wewnętrzny sprzeciw, że się czegoś nie rozumie to nagle widzi się, że za Jego słowami kryje się sens wszystkiego.

Ewangelie są dość brutalne w ukazywaniu słabości, wręcz kusi by powiedzieć nieogarnięcia i ograniczenia pojmowania przez uczniów Jezusa. Po co miały by zawierać momenty, kiedy to kobiety najpierw uwierzyły w zmartwychwstanie Jezusa. Po co poruszać zwątpienie Tomasza, zdradę Judasza, zaparcie się Piotra Skały, po co to uwzględnienie tego, że uczniowie w dniu zmartwychwstania wracali do Emaus, bo oni się spodziewali, że będzie prorokiem, a za to okazało się, że ciało nagle zniknęło. Fakt, że kobiety chodziły za Jezusem, moment gdy rozmawiał z Samarytanką, postawienia jako przykładne zachowanie bliźniego właśnie kogoś pochodzącego z narodu Samarytan – to wszystko przeczyło jakiemukolwiek porządkowi żydowskiemu. Nie ma tam nic, co miało by być korzystne dla uczniów. Wielokrotne strofowanie ich, mówienie im, że nie rozumieją Jego nauki, podkreślanie, że nie potrafili zrozumieć. Jawnie ukazanie tego, że zostawili Jezusa w najcięższym momencie życia. Z tym wychodzą do ludzi i głoszą. Kto by poszedł za kimś tak słabym i cienkim? W dodatku w perspektywie masz prześladowanie, groźbę śmierci i zaproszenie do stracenia ziemskiego życia dla czegoś, co ma być dopiero po śmierci.

Tak, wiele w kościele ludzkiego działania, konceptów wymyślonych przez ludzi, obrzędów, tradycji. Ale ma to wszystko źródło w jednym. Za pośrednictwem Ducha jesteśmy prowadzeni ku Ojcu. Może nie wszyscy się zgodzą, nie wszyscy odnajdą tę samą ścieżkę, nie wszyscy przyjmą każdy ludzki aspekt wiary. Ale jeśli postawimy w centrum Jezusa, Boga, Słowo Boże, miłość, zbawienie, wolność od słabości, grzechu i życie w prawdzie to Duch Święty zaprowadzi każdego z nas w miejsce, o które woła nasza dusza.

Ostatni argument przeciw mojej wierze. Trafiony. Zatopiony. Tak, złapał mnie na tym, że próbowałam zrobić dokładnie to, co on, mój rozmówca. Ogarnąć Boga. Zrozumieć Jego plany, przeniknąć tajemnice, których nikt nie rozgryzł, zrozumieć i pokazać logikę w wierze. Po prostu chciałam ukazać, gdzie jest królestwo.

Królestwo Boże przyjdzie niepostrzeżenie; i nie powiedzą: „Jest tu” albo: „Jest tam”, bo królestwo Boże jest w was.

Łk 17, 21

Nie mogło mi się to udać. Bo największą prawdę o królestwie opowie to, co jest w nas. Miłości trzeba dotknąć, doświadczyć. Nie opiszesz jej, nie opowiesz dokładnie jaka jest i z czego się składa, nie wskażesz jawnie gdzie można ją zobaczyć. Gdy masz wątpliwości w wierze, przyjrzyj się swojemu sercu i jego potrzebom. Zobacz jak reaguje Twój duch, gdy panuje w nim ciepło, dobro i szczęście? Porównuj swój stan ducha, gdy karmisz go śmieciowymi substytutami miłości, a gdy dajesz mu pełnowartościowy, syty pokarm Jego działania i łaski. Przyglądaj się swoim pragnieniom i temu, co je zaspokaja. W wierze skup się na sobie, na tym czego szuka i o co woła Twoje serce. Bo w Tobie mieszka królestwo. To jest droga do spotkania Go. Nie odrzucaj Jego, bo inny ktoś inny nie doświadczył podobnego działania, bo nie czuje tego, co Ty, bo nie potrzebuje Boga. Patrz najpierw na to, co spotkało ciebie, pamiętaj o własnych cudach, bądź świadomy tego, jak na ciebie działa grzech, nie zapominaj działań Jego łaski. W swoim życiu bądź gotowy na to, że nie każdy będzie wierzyć. Wstań, wierz i ufaj.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *