Przejdź do treści

Przebaczenie

Last updated on 23 września 2020

„Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?” Jezus mu odrzekł: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.[…]”
Mt 18, 21-22

Są w życiu sytuacje, które zostawiają ogromne rany na sercu. Rzutują na nasz każdy jeden dzień. Odbierają radość życia. Zniewalają i niszczą to, co dobrego możemy dawać i otrzymywać od innych. Często te, zadane przez najbliższych czy przez tych, po których nigdy by się czegoś takiego nie spodziewało, wydają się czymś, z czym człowiek nigdy do końca sobie nie poradzi, nad czym nie przejdzie do porządku dziennego. Zakrzywia to nasze spojrzenie na siebie, ludzi, świat. Zostają złamane wartości, mogą runąć wyobrażenia o ideach i ideałach. Biel takich pojęć jak zaufania, miłość, nadzieja, szczęście, pewność siebie, bycie kimś wartościowym wydaje się być na zawsze zabarwione rażącymi plamami czerwieni krwii żywo tryskającej z naszych zranień. Im są większe tym mocniej pozbawiające pierwotnego koloru.

Czy da się wrócić do punktu wyjścia? Stanąć znowu z sercem uwolnionym od cierpienia, beznadziei, depresji, zamknięcia w sobie? Czy jest droga by z powrotem nauczyć ufać, budować relacje, pozwalać się komukolwiek zbliżyć do siebie? Istnieje szansa, na przywrócenie wiary w idealną miłość – czyli tę pochodzącą od Boga?

Jest na to jeden sposób – niesamowicie ciężki, ale wyzwalający z pęt nałożonych na nas przez wszystkie przykrości. PRZEBACZENIE. Mówię to z pełną świadomością ile kontrowersji może wzbudzić myśl o wybaczeniu komuś, kto wyrządził szkodę „nienaprawialną”, budzącą odrazę, agresję, odbierającą wiarę w ludzi i ich moralność.

„Darowanie win” ma wiele twarzy. W tym kontekście wydaje mi się, że kluczem w akcie wybaczenia jest uwolnienie siebie spod działania ran, bólu, które odbierają nam życie. Jako remedium, by wrócić ze świata umarłych, znowu odnaleźć światło w codzienności.

Gdzie znaleźć siłę, by zmyć z siebie brud, który mógł nas okleić przez czyjś czyn wobec nas?  Jak spojrzeć ponownie na siebie jako ktoś bardzo wartościowy? Ktoś kto może być pokochany, kto nie ma nabytego „defektu” po tym, co się stało, potrafiący stać na nogach, a nie tylko klęczęć przytłoczony doświadczeniem o miażdżącym ciężarze. Szczerze, gdybym miała powiedzieć czy jest szansa, żebyśmy sami dali temu radę – powiedziałabym NIGDY. W nas nie ma tyle mocy, by zerwać z więzami bólu, by umieć samemu siebie kochać mimo doznanych krzywd, by mieć wiarę, nadzieję, miłość.

Ale jednocześnie wiem, że On może dokonać cudu. Że nie jest obojętny wobec naszej duchowej śmierci, bólu bliskich i wszystkich dotkniętych skutkiem działania tej niszczycielskiej siły. Jeden z dwóch razy gdy zapłakał…

Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: „Gdzieście go położyli?” Odpowiedzieli Mu: „Panie, chodź i zobacz!”. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: „Oto jak go miłował!” Niektórzy z nich powiedzieli: „Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?”
A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: „Usuńcie kamień!” Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie”. Jezus rzekł do niej: „Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?” Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał”.To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!”.
J 11, 33 – 44

W tym objawia się wszechmoc Boga. Że są miejsca, które wydają się całkowicie umarłe, pozbawione życia. Skreślone przez ludzi. Takie, o których mówią, że nie ma co się łudzić. Obszary, w których kończą się nasze siły, możliwości działania – gdzie wkroczyła śmierć. I jak ogromną musimy nabyć wiarę, że jest Ktoś ponad to. Że może spowrotem przywrócić to, co utracone, że można przekroczyć granicę wytyczoną przez „ostateczny koniec”. Mylnie myślimy, że przenoszenie gór, uzdrowienia ze ślepoty czy krwotoków działają głównie w płaszczyźnie fizycznej.

Ale cała Ewangelia pertraktuje głównie o naszych stanach wewnętrznych, które nie zmieniają się na przestrzeni lat. Stąd jej uniwersalność. Nie są to jawne, materialne objawienia i dowody na działanie Boga. Tak ograniczamy swoje dostrzeganie Jego działania do wymiaru przemijającego, fizycznego, namacalnego i wątpimy, że ingeruje w nasze życie i jest w stanie nas ratować. Ale zapominamy, że priorytetem dla Niego jest nasza dusza, serce, poczucie bycia kochanym i chęć życia według miłości.

Samemu nie jesteśmy w stanie uwierzyć, zdjąć ze Stwórcy ograniczenia, które sami nakładamy. Ale mamy Pocieszyciela. Tego, który nas przyciąga jak magnes, by szukać ratunku u Boga. I przez Niego On może działać.

Nie wiem, co przeżywają osoby ogromnie zranione lub zniszczone psychicznie przez innych. W głebokiej depresji, bez nadziei na nawet płomnień światłości i dobroci w swoim życiu, nieumiejące ufać, pozbawieni poczucia miłości przez kogokolwiek. Ale jedyny ratunek jaki dostrzegam, jaki przychodzi mi do głowy to przebaczenie.

Ścieżka ku uzdrowieniu z takich ran może być odbycie własnej drogi krzyżowej. By na drzewcu zgładzić to wszystko, co trawi nasze serce i nieustannie otwiera silnie broczące krwią rany – przyczyny uchodzącego z nas życia. Jezus, który będzie towarzyszyć ci na każdym jednym kroku. Nieskończenie cierpliwy gdy powoli, centrymetr po centymetrze, będziesz posuwać się na przód. Gotowy, by pomóc się podnieść jak upadniesz. Sam tak samo skatowany przez innych – będzie ci ucieczką, pomocą, umocnieniem, siłą. Nieopuszczony przez Ducha Świętego, który będzie przypominać po co odbywasz tę drogę. Nieustannie wskazując na obietnicę ponownego odnalezienia czy odkrycia pełni miłości Boga, niezabarwionej przez ogromnie ciężkie doświadczenia, idealnej, życiodajnej.

Wyzwolenie z ran – ponowne doświadczenie umiłowania przez Boga. Umiejętność spojrzenia na siebie jako kogoś pięknego, wartościowego, cudownego i niepotwarzalnego. Godnego pokochania i umiejącego kochać. Z  powoli przywracaną nadzieją i stopniowo budowaną radością. Powolne zmartwychwstawanie, by móc ponownie zacząć żyć.

Jedyna droga, która wiedzie ku wskrzeszeniu, odzyskaniu tego, co wydaje się utracone na zawsze.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *