Last updated on 23 września 2020
Mając przed sobą obraz najszczerszej miłości, bezgranicznego poświęcenia, największej możliwej ofiary, zwycięskiej walki okupionej niesłusznym cierpieniem i bólem. Coś ofiarowane tobie na zawsze. Na chwilę powierzono ci podtrzymanie tego.
Jaki jest twój chwyt?
Może być pewny, silny, bo wiesz, że łapiesz się czegoś, co daje ci wszystko – siłę, nadzieję, przebaczenie, motywację, wolę walki, życie. Więc trzymasz kurczowo się tego, by nie upaść, ofiarowujesz temu swoje zaufanie, by móc stać prosto w pionie. Podtrzymuje cię.
Może być delikatny, nieśmiały, pełen świadomości piękna tej ofiary. Ledwie jesteś w stanie musnąć powierzchnię, bo nie czujesz się godny tego, co właśnie dzierżysz w rękach. Zachwyt i oniemienie. Brak dostatecznie trafnych słów, więc przez gest chcesz oddać to, jak bardzo podziwiasz ten cud stojący przed tobą. Wkładasz w niego całe wzruszenie, uwielbienie, a zarazem chęć nienaruszenia idealnego stanu – głaszcząc powoli, ledwie trzymając emocje na wodzy.
Dotknięcie krzyża, na którym dokonało się twoje zbawienie.
Czasem zastanawiam się kim byłabym bez wiary. Jako młoda osoba, mało doświadczona – domyślam się, że o wiele łatwiej być mi silną w ideałach, wizjach piękna, marzeniach o szerzeniu dobra i o dzieleniu się miłością z ludźmi dookoła. O wiele prościej mi przebaczać i ufać na nowo, mam o wiele więcej zdecydowania w podejmowaniu nowych inicjatyw i działań, więcej gotowości, by przyjmować zmiany.
Nie straciłam w życiu na tyle dużo, by być pewna, że jestem gotowa tracić. Nie spaliłam się na tyle na ludziach i nie zostałam tak zraniona, by powiedzieć, że jestem w stanie zawsze wybaczać. Nie runęły wszystkie moje wizje „ideałów”, by utwierdzić się, że całe życie będę gotowa o nie walczyć. Nie próbowałam wlać jeszcze tyle dobra w miejsca nieurodzajne z pespektywą stania się na powrót czymś życiodajnym i nie poznałam dosyć swoich siły, jak długo jestem w stanie siać i jak wytrwała jestem w pielęgnowaniu i podlewaniu ziaren zaszczepionych przeze mnie, by zapewniać, że jestem przygotowana na bitwę ze złem tego świata. Nie zostało zweryfikowane dość moich decyzji, by powiedzieć, że zawsze będzie zapał, by próbować na nowo i podejmować różne działania. Nie zostałam wrzucona w dość dużo nowych miejsc, sytuacji, ludzi, by móc rzec, że umiem przyjąć każdą zmianę, która nastanie.
I z jednej strony chce być gotowa już teraz głosić, że moja wiara jest nie do zachwiania i nie ma rzeczy, która ją ruszy. Mimo cudów, które widzę, że Bóg dokonuje codziennie w moich życiu – jestem świadoma, że taka jest nasza ludzka natura, by wątpić, tracić siły i często by duchowo „umierać”. Boję się tych momentów, kiedy odbiorą mi nadzieję na tyle, by przestać żyć wiarą. A to, czego aktualnie najbardziej pragnę – to oddychać miłością pochodzącą od Boga, nadzieją, którą daje Życie Wieczne, wolnością, która niesie walka z grzechem, radością, która płynie z bycia kochanym, gotowością do pracy nad sobą i motywacją, która wynika z zaufania Jezusa, że mi się uda, co jest ukazywane w sakramencie Pokuty i Pojednania.
Zbyt wiele otrzymuję od Boga, by wyobrazić sobie życie bez Niego. Za bardzo chcę żyć z tą energią, którą tylko On mi daje. Za często doświadczam tego, że dobro i miłość to coś, co czerpane ze źródła Wody Żywej nigdy nie będzie się kończyć, a jednocześnie nasyca i zaspokaja wszystkie pragnienia.
Dlatego tak ważne jest dla mnie, by kształcić się w wierze. By uczyć się kochać od Boga, w taki sposób by to mnie nie niszczyło. Budować zaufanie, ale jednocześnie gotowość do wybaczenia, gdy zostanie zawiedzione. Zawiązywać relacje, ale też mieć świadomość ulotności i zmienności pewnych stanów, sytuacji, ludzi. Szukać niezmiennych ideałów tylko czerpiąc z stałej, nieogarniczonej czasem rzeczywistości Boskiej, a nie upatrywać ich odbicia w świecie przemijającym, wypełnionym złem, czyli zepsuciem. By dążyć za celami, które najpierw dadzą mi siłę, zaspokoją pragnienia, a później troszczyć się o te mniej istotne sprawy. Umieć dobrze ustawiać priorytety, wyznaczać ścieżki rozwoju duchowego, wzbudzać w sobie ambicje. Mieć odwagę by być sobą, utwierdzać się w swojej niepowtarzalności i indywidualizmie, szukać własnej drogi życia i być gotowym ufać Bogu, w tym gdzie chce mnie zaprowadzić. Budować pewność siebie i tego, że mogę coś zdziałać, nieograniczona strachem, wątpliwościami w swoje talenty.
Mimo, że jestem dopiero „podlotkiem”, na starcie swojej przygody – staram się w sobie budować te fundamenty wiary, które mają mnie umacniać całe życie. By móc rzec, że mimo trudności:
„Błogosławcie Pana,
że Mu ufam jeszcze,
Że mnie wciąż uzdrawia łaski swojej deszczem,
Błogosławcie Pana.”fragment piosenki „Błogosławcie Pana”

