Przejdź do treści

Droga krzyżowa

Last updated on 1 listopada 2020

„Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?”
Mt 26, 42

Widzieli strach w oczach Mistrza, musieli współodczuwać Jego lęk. Mieli być wsparciem, umocnieniem i następcami dzieła Jezusa na ziemi. A jednak posnęli, zawiedli w kluczowym momencie, nie potrafili wytrwać nawet jednej godziny bez ulegnięciu słabości. Tak niszczy nas grzech.

Co jesteśmy w stanie zrobić dla osób, które definiują nasz świat, które darzymy miłością i uwagą? Co czujemy gdy widzimy ich smutek, łzy? Czy nie mierzymy się z myślami, że chcielibyśmy zdjąć z ich barków troski i ulżyć im? Jak radzimy sobie z bezsilnością wobec tego, co je przygniata, szkodzi im? Nie walczymy z przytłoczeniem? Nie dzielimy podobnego bólu w sercu, żalu, rozczarowania, przygnębienia? Może targa nami wściekłość skierowana ku rzeczom, które tak ranią i mają tak destrukcyjny wpływ na osoby ważne dla nas?

Im większym uczuciem darzymy kogoś, tym więcej jesteśmy w stanie zrobić by komuś pomóc, pocieszyć, podnieść z kolan. A jeśli jest szansa, by kogoś ochronić – jesteśmy zdolni do poświęcenia całego siebie, byle tylko nie widzieć cierpienia malującego się na twarzach kochanych przez nas osób.

Co Jezus musiał czuć, kiedy widział to jak słabi stajemy się przez grzech? Kiedy w perspektywie było to całe zło, którego nikt z ludzi nie był w stanie pokonać? Mając przed sobą ludzi, których kochał i będąc świadomym ogromnego zagrożenia, które niesie uleganie występowaniu przeciwko Bogu? Niebezpieczeństwo bycia zniszczonym, obezwładnionym poczuciem rozpaczy, zagubienia, samotności, opuszczenia, uległości. Gdy Jego uczniowie posnęli maluje to nam obraz Jezusa, który jako jedyny, Sam, mógł wypowiedzieć wojnę grzechowi. I zrobił to. Świadomy, że tylko On może nas ochronić, uwolnić spod działania niszczycielskiej siły. Kierowany chęcią wypełnienia woli Ojca, miłością ku Nam – przyjął ten kielich. Mimo, że bał się ogromnie i potrzebował umocnienia przez Anioła – był zdeterminowany przyjąć każde uderzenie bata, każdy cios w policzek, każde oplucie i poniżenie. Bo wiedział, że w ten sposób ochroni nas. Że dzięki Jego działaniu staniemy się uwolnieni od zła, wybawieni. Przez Jego walkę, wyratowani. A biorąc te cierpienie na siebie – powodował, że my tego nie doświadczymy.

Po biczowaniu – wziął krzyż na swoje barki. Poczuł jak ogromny to ciężar – brzemię, które trzeba było zniszczyć. Upadek może wskazywać na to, że szala przeważa na stronę grzechu, skoro sam Bóg pod nim się potyka. Raz rzucony na kolana nie oznacza poddania się jemu. Końca. W pewnym momencie spotyka Swoją Matkę, która sama musi czuć taki ogromny smutek, że zrobiła by wszystko, żeby Mu ulżyć. Może zamieniłaby się z Nim miejscami, byleby nie cierpiał. Ale jest świadoma i rozumie, że powodem cierpienia jest Jego miłość, i że to nie jest Jej walka. Trwa pokornie w posłuszeństwie, która pozwoliła Jej być w tej chwili najbliżej Jezusa i udzielać Mu wsparcia, które dodawało sił.

Pojawia się jedna z wielu osób, którą musi chronić – Szymon Cyrenejczyk. Niechętny, nierozumiejący tego, co się dzieje. Działa, bo musi, pomaga, bo nie ma wyjścia. Ale On przypomina Chrystusowi, że robi to na dla nas. Żeby nikt nie zniewalał nas, nie przymuszał nas do niczego. I że On, sam jeden, tylko jest w stanie dźwignąć ten krzyż. Chwilowy kontakt z ważną dla Boga osobą – każdym z nas. Przypomnienie jaki jest cel.

Bóg w ludzkim ciele – nieobce są mu słabości dotykające nas w płaszczyźnie fizycznej. Drżenie mięśni, kręcenie w głowie przez uchodzącą z ran krew. Nagle jedna osoba wyłamuje się i wychodzi z anonimowego tłumu szyderców. Gotowa okazać miłość, gdy inni nie są w stanie. Gdy pot zalewał oczy Jezusowi, zamazując percepcję świata, utrudniając dostrzeganie ludzi, o których się walczy – jeden gest otarcia twarzy jako ponowne dostrzeżenie miłości, obdarowanie nadzieją. I ujrzenie obrazu strachu, lęku przez tym, jak grzech może kogoś skatować odbitego w oczach Weroniki. Ale ponownie rozpalona determinacja by Go pokonać, która może się wtedy pojawić, nie wystarcza. Bo ciężar dalej doskwiera – ponowny upadek. I powstanie, by dać nadzieję. Pozdrowienie tych, których On chce wybawić, które są wrażliwe na to co się dzieje. Bo On pragnie byśmy nie skupiali się na tym co nas uśmierca, ale na tym, że na końcu będzie zmartwychwstanie. Przypomnienie, że jest przedłużenie życia tam, gdzie inni szukają końca. Że chwilowa trudność nie może odebrać perspektywy zwycięstwa, wolności.

W końcu ostatni upadek – bo tak wygląda prawdziwa bitwa. Nie można być niezmiennie silnym, ciągle idealnym. Nie, dzierżąc na barkach coś, co uśmierca. Dlatego każdy z nas upadnie w swoim życiu, wielokrotnie, pod własnym krzyżem. I ma wstawać, nieustannie szukać siły w sobie by mierzyć się z tym, co może zatrzymać go w drodze do Życia Wiecznego. Bo nie mamy się skupić na fakcie rzucenia na kolana, ale temu, że mamy komu to oddać, by to zniszczył swoją miłością.

Obnażenie – zostaje sam Bóg i grzech. Wydaje się większości śmieszna ta walka. Bo widać, kto z pozoru króluje. Że Jezus nie ma ucieczki od tego, co za chwile ma się dokonać. Że straci to, co wydaje nam się wszystkim – swoje życie. Idealny obraz tego, jak bardzo śmierć zamyka nas wobec tego, co jest prawdą. „Jeśli jesteś Bogiem sam siebie wybaw”. Ale właśnie to jest moment ratunku nas samych. Żebyśmy w przyszłości my mogli mieć drogę ku ułaskawieniu, kiedy staniemy przed naszym wyrokiem. Żeby nie pętało nas nic materialnego, pochodzącego z tego świata – nawet coś tak strasznego jak śmierć ciała. Wyzwolenie z pęt grzechu, przywiązań, okrojonego patrzenia, braku perspektywy na dalszą drogę.

Żebyśmy to nie my zawiśli na grzechu – pozwala się przybić. Jednoczy się z tym, co skreśla każdego nas w oczach ludzi. Pokazuje, że dla Niego nie znaczy nic wyśmianie, opuszczenie, zwątpienie, brak sił, samotność. Wywyższony na krzyżu, sam wśród tłumu pełnego nienawiści – gdy czujesz się, że nie ma dla ciebie przebaczenia spójrz na Niego. To tam odnajdziesz miłość ofiarowaną na zawsze, przebaczenie, o które możesz nieustannie prosić, nieskończona cierpliwość, gdy czeka byś uniósł wzrok ku Niemu. Wisi tam z tym, co ciebie niszczy i pokazuje ci, że On to od ciebie już zabrał.

I jest jeden moment, który pokazuje kiedy naprawdę umrzesz. Kiedy zwątpisz, że On cię opuścił. Wołając „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił”. To jest jedyna możliwość, kiedy nie jesteś w stanie do Niego wrócić – gdy zwątpisz, że dla ciebie nie ma przebaczenia, nie ma miłości, że jest jakiś grzech, który jest w stanie spowodować, że Jezus nie zmartwychwstanie. Tylko, że każdy jeden pocisk, który Szatan w ciebie wyceluje – został przyjęty przez Chrystusa. Dlatego ostatnie słowa, które powinniśmy kierować ku Bogu, nasza ostatnia broń, ostatnie możliwe działanie – „Ojcze, w Twoje ręce oddaje Ducha Mego”.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *