Zaufanie – komu je ofiarować, jak rozpoznać czy ktoś na nie zasługuje? Czy można liczyć na niezawodność i pewność tego, kto zdecyduje się dźwigać te brzemię? Od małego przez różnych ludzi doznajemy zawodu – od najbłahszych przykładów kiedy ktoś nie spełni naszych oczekiwań, próśb, żądań do trudniejszych gdy okazuje się, że bliska osoba ciągle nosiła różne maski, markowała sympatię czy była nieuczciwa bądź niesłowna wobec ciebie.
Czy tak będzie zawsze?
Będąc całkowicie szczerą – tak, to jest nasza natura. Zawodzimy, czasem po całej linii, miażdżąc w pył różne relacje, czasem odrobinę, powodują tylko lekkie pęknięcie na fasadzie przyjaźni. Możemy się zapierać, ale spójrzmy na przykłady apostołów, którzy ciągle wątpili, kłócili się o to, który z nich będzie pierwszy w Królestwie Niebieskim, nie rozumieli wielu nauczań, nie chcieli przyjąć gorzkiej prawdy o zbliżającym się kresie życia ich Mistrza, by pod koniec w znacznej większości Go opuścić. Byli słabi – mimo doświadczania codziennie cudów Bożej Łaski, nieustannej fizycznej obecności Jezusa i stąd możliwości zyskania odpowiedzi na pojawiające się pytania. Byli pewni tego co widzieli, o czym się uczyli, mieli jawne dowody na prawdziwość świadectwa Syna Bożego. A jednak – byli tak słabi. Tak wiele razy mogli zranić swojego Nauczyciela.
Jak bardzo ludzie, którzy są daleko od Boga Cię zawiodą, bez Jego siły, nadziei, miłosierdzia, które uczą nas pokory, wybaczenia, zapominania błędów, dawania szansy na naprawę i zmianę. Ile razy my – chrześcijanie – będziemy niedomagać w wierności innym osobom, wartościom, planom i postanowieniom? Dlaczego wymagamy od innych bycia niezachwianymi? Tego, że mogą ulec pokusie? Że nie zawsze będą przykładni, bez grzechu? Że zawsze rozeznają która decyzja jest błędna? Że nie zmienią się? Że nie będą wątpić w to co wierzą, w to co wyznają? Że będą momenty kiedy nie będą mieli sił walczyć o relację, o prawdę, o miłość? Czy sam jesteś niezachwiany, niezmienny, nie do ruszenia, bez upadków i potknięć?
Szukamy nierealnych i niezmiennych idei, wyidealizowanych wyobrażeń w świecie, który jest ulotny i niedoskonały.
Czy powinniśmy w takim razie rezygnować z walki o zaufanie? W żadnym wypadku. Jesteśmy powołani by starać się ze wszystkich sił, podejmować codziennie decyzję o budowaniu relacji z Bogiem, z ludźmi. I dążyć ku temu, by upadać jak najmniej. Oddając to pragnienie Bogu – silniej będziemy widzieć cel i zarazem źródło, a przez to trudniej będzie nam ulec pokusom, słabości i beznadziei. A gdy sami zawalimy – powinniśmy czerpać siłę z Jego miłosierdzia by działać i naprawiać to, co niestety mogliśmy zburzyć. Nie ustawać i wytrwać do końca. Droga nie jest łatwa ku zmianie siebie samego, swojego działania – ale nie jesteś pierwszy, który na nią wkracza. Już wcześniej tę drogę przebył Jezus. Umocniony przez Anioła, potwornie skatowany, upadający tak wiele razy, oddzielony od bliskich – dotrwał na sam szczyt, gdzie zniszczył to co ciebie może teraz męczyć, odbierać ci miłość – do siebie i płynącą od innych ludzi. Podążaj za Nim, a wytrwasz.
A zawiązując przyjaźnie – szukajmy ludzi, którzy wiedzą, który kierunek obrać by walczyć ze swoimi słabościami. Gdzie leży droga ku wyzwoleniu od wad, naprawie spapranych spraw i powrocie w świętości, by kłaść fundamenty pod miłość – ku innym i ku sobie. Poznawaj zanim zaufasz, wybadaj czy są gotowi podejmować trud walki. I bądź cierpliwy w rozeznawaniu, w którą stronę relacja może podążyć, na czym będzie się opierać i ile chcecie by zależało od was, a ile od Boga. Bo im więcej chcecie by pochodziło od was – tym łatwiej o zawiedzione zaufanie.

