Przejdź do treści

Zniewoleni przez emocje

Last updated on 20 września 2020

Zniewoleni przez emocje, czujący za bardzo. Wiecznie przybici, dzielący ból każdego. Nie umiemy już tego dźwigać. Nie potrafimy stać wyprostowani by nieustannie się z tym mierzyć. Dajemy się temu opętać.

Dlaczego Bóg pozwala nam odczuwać tak mocno, być wrażliwym tak bardzo, dzielić wszystkie te negatywne emocje z każdą spotkaną osobą? Smutek widząc jak ludzie sobie szkodzą, rany zadawane innym ryją się na Twoim sercu zmieniając Twoje postrzeganie ludzi, wartości. Jakby świat malował się zbyt mocnymi barwami – jednak nie przejaskrawionymi kolorami, a coraz silniej kontrastującymi ze sobą odcieniami czerni i bieli.

Gdzie znaleźć światło, nadzieje, lekarstwo – gdy Twoje serce przepełnione melancholią już umie karmić się tylko smutkiem, rozczarowaniem, goryczą. Jak wlać w miejsce swojego serca coś jeszcze?

Nademocjonalność, nadwrażliwość – coś tak chętnie tępione. Liczne znieczulenia, odciąganie uwagi, zatapianie się w pracy, zajęciach, relacjach, wydarzeniach. W teorii po to by przetrwać. Ale pozostaje poczucie – czy tak powinno być? Czy to można nazwać życiem, czy funkcjonowaniem? Zanurzeniem się w głębię czy pływaniem na powierzchni?
Po co zostało Ci ofiarowane tak silne odbieranie bodźców? Skoro to tak niszczy?
A co jeśli jest nadzieja dla Ciebie, że w Twoje serce w końcu ktoś wleje coś pozytywnego, a bezdenny smutek zostanie rozświetlony przez odrobinę szczęścia, radości? Ile będziesz mieć motywacji by dbać o ten drobny płomyk? Jak bardzo będzie Ci zależeć, by podsycać ten ogień aż stanie się ogniskiem nie do ugaszenia? Jak silne ciepło i żar będzie bić od Ciebie? Jak ogromne szczęście będzie płynąć z Twojego wnętrza?

Czasem ten smutek nas przybija, mamy już dosyć walki. Ale mamy zakodowane, że nie może mu się poddać, że musimy stać prosto, radzić sobie. Nie ulegać. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo nas to oddala od Boga. Bo wmuszamy w siebie cechy kogoś, kto nigdy poza Synem Bożym nie został powołany do życia – niezłomny, nieupadający, nie do złamania. A sam Jezus potrzebował umocnienia Ducha Świętego przed męką, nieustannej modlitwy po nocach, by pamiętać od kogo pochodzi, napomnień by nie głosili chwały Jego imienia póki żyje, aby nie odciągnęli uwagi od chwały należnej Ojcu. Z takich działań płynęła siła by mierzyć się z szatanem, chorobami ludzkimi, pokusami, słabością, lękiem. A my samodzielnie próbujemy walczyć ze wszystkim, co niszczy. I dziwimy się, że nie umiemy. Pozwolisz sobie w końcu upaść, uznać się za słabego, skłonnego do ulegania, popełniania błędów, wymagającego przebaczenia? I zdecydujesz się poszukać lekarstwa na to? By przemienić ten świdrujący ból serca, w żar radości, której nic ziemskiego już nie zgasi?
Bo to co czujesz nie musi się karmić śmiercią, a zmartwychwstaniem. Nie musisz pobierać energii by funkcjonować, a obdarowywać życiem każdego. Możesz przeżywać każdy uśmiech innej osoby tak silnie, jak dotykają cię łzy ludzi dookoła. Szczegóły dołujące mogą zostać odsunięte na bok, by dostrzec piękno małych rzeczy. A relacje budowane na zawodach, braku nadziei i miłości licznych zawodach, ostrożności mogą zacząć czerpać z przebaczenia, otwartości, odwagi by walczyć, będąc uprzednio wyposażonym w odpowiednią broń, gotowości do czerpania z miłości.
Sięgnijmy po nią.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *