Jednym z etapów dojrzewania jest tracenie dziecięcej ufności, otwartości i szczerości. Powoli zaczynamy hamować swoje wybuchy emocji, nie wypowiadać niemiłych słów głośno, nie zwierzać się każdej osobie, nie ufać innym tak łatwo i chętnie. Dzięki słowom kierowanym do nas przez osoby starsze i bardziej doświadczone, ku przestrodze, weryfikowane przez napotykanych na swojej drodze ludzi, powoli się utwierdzamy w tym, że dużo rzeczy należy zachowywać dla siebie. Nie mówić o wszystkich lękach, przeżyciach, problemach. Stosować zasadę oganiczonego zaufania. Nasza wiara w innych zostaje „dostosowana” do standardów świata.
Bardzo często jedną z bardziej bolesnych lekcji, które otrzymujemy, to brak zrozumienia ze strony rodziny, rówieśników, opiekunów. Kiedy zamiast wsparcia otrzymamy burę, zamiast słowa, które miało by nam pokazać jasny punkt w całej sytuacji, ktoś zaleje nas lawiną uwag i miejsc, gdzie coś może pójść nie tak. Zdarza się napotkać na brak zainteresowania, empatii, dyspozycyjności albo ofiarności drugiej osoby by być przy nas, wysłuchać nas i kroczyć obok nas gdy z trudem stawiamy kroki. I poniekąd można się ośmielić wysnuć wniosek, że jest to konieczny etap życia, by stać się bardziej samodzielnym, podejmować decyzję, które bazują na naszym osądzie, pozwalają osobom w naszym otoczeniu nie być naszą niańką, a kimś komu sami też potrafimy ofiarować przyjaźń. I zgodzę się, że do tych błahych problemów, mniej istotnych przeżyć czy zdarzeń nie potrzebna jest atencja innych osób, tak jeśli postawimy całkowity krzyżyk na tym, żeby mówić o sobie cokolwiek, może to skutkować dość poważnie w aspekcie naszych relacji z Bogiem i innymi.
Jeśli nie ma nikogo, kto chciałby Cię wysłuchać tak jak Ty chcesz być wysłuchany – nie trudno o niechęć i rozgoryczenie, uprzedzenie do każdej nowo napotkanej osoby i późniejsza nieumiejętność ufania komukolwiem. Warto zastanowić się oczywiście, czy sami nie stawiamy oczekiwań zbyt wysokich wobec ludzi. Czy nie chcemy by postrzegali świat dokładnie tak jak my widzimy rzeczywistość, czy nie wymagamy, by ludzie podchodzili do sytuacji z takimi samymi emocjami, jakie w nas się kłębią. Czy przypadkiem nie stosujemy taktyki – domyśl się, że potrzebuje otuchy, przytulenia czy ciszy, chwili samotności i potem zaczynasz się denerwować, że ktoś nie wpadł na to jak zareagować. Czy nie zdarza się, że słowa, które są do nas kierowane są adekwatne, ale nam nie pasują, bo stawiają coś w innym świetle niż my tego byśmy chcieli. Czy nie drażni nas to, że coś w czyichś wersach jest w stanie dotykać pewnych czułych miejsc, o których nie chcemy wspominać. A jak poradzić sobie z niedostateczną uwagą od innej osoby? Warto przyjrzeć się ile tego zainteresowania wymagamy, czy nie jest to dla danej osoby stały dyżur utrzymujący się ciągle na poziomie stu procent bez chwili na odpoczynek? Czy Ty sam też jesteś zobligowany do bycia na służbie i sumiennie ją odbywasz? Czy potrafisz zwrócić uwagę komuś, podkreślić, że teraz chcesz być wysłuchany kiedy widzisz, że druga strona nie dostrzega jakiegoś twojego słabego humoru czy problemu? Czy jako powiernika wybierasz osobę godną zaufania, taką, na której można polegać i której chcesz się zwierzyć, a nie jest to ktokolwiek, byle wyrzucić z siebie złe emocje?
To wszystko oscyluje dookoła tego gdzie są ludzkie granice, co jest w zasięgu drugiej osoby, a co jest pragnieniem nie do spełnienia. By temu zaradzić musimy oddzielić to, co jest możliwe dla człowieka od tego, co jest możliwe jedynie dla Boga.
Jeśli wymagasz od kogoś by znał Twoje serce, a nie patrzył na sytuację tylko z obrazu, który Ty mu namalujesz wpuszczając go do swojego życia – zawsze będziesz się zawodzić. Nie znajdzie się nikt, kto pozna Cię na wylot, będzie zawsze czytać Ci w myślach, nigdy nie zawiedzie w adekwatności reakcji, doboru słów, gestów i udzielanego wsparcia. Będzie się starać ze swoich ograniczonych sił i trzeba być też bardzo ostrożnym, by tej drugiej osoby nie zranić tym, że nie potrafimy dostrzec tego, co ona dla nas działa. Bo im więcej będzie od siebie dawać – tym mocniej będzie ją boleć niedocenienie. Wtedy można tę personę utwierdzić w tym, że nie warto się starać i ufać innym osobom, otwierać dla nich swoje serce i dawać dobroć, bo mogą spotkać się z wyrzuceniem tego w błoto i podeptaniem.
Może będę monotematyczna – ale pierwszeństwo w tym powinien mieć Bóg. Najpierw warto na nowo próbować się otwierać przed Bogiem – oddawać mu swoje rany do uleczenia, radości do podzielenia się i pomnożenia, braki do uzupełnienia, pragnienie do ugaszenia. Jemu nie trzeba nigdy nakreślić sytuacji, w której się znalazłeś, emocji, które w tobie kipią, świata, w którym żyjesz. Wystarczy Mu wskazać na czym w tym wszystkim chcesz się skupić. Co chcesz wziąc pod lupę i z tego coś ukształtować. To jest droga budowania zaufania – otwieranie swojego serca. Oddając swoje życie najpierw w ręcę Boga, szukając u Niego wysłuchania i pomocy, uwagi i obecności – nie spotkasz się z zawodem. Nieskończenie cierpliwy, skory do wybaczania i niezdolny do ocenienie bądź skreślenia – będzie działał dokładnie z pragnieniem Twojej duszy. I gdy już spotkasz się z byciem wysłuchanym, gdy raz już zaufasz – będziesz w stanie miarkować sensownie kogo jeszcze warto obdarzyć zaufaniem. Nie będziesz zaślepiony pragnieniem – usłysz mnie, a będziesz skłonny wybaczyć niedoskonałości innym osobom, bo przestaniesz szukać Boga w ludziach.
Jednak najważniejszym krokiem, który trzeba poczynić to chcieć – chcieć zacząć dostrzegać swoje życie. Nie ignorować bólu, problemów, negatywnych emocji przez zapychanie czasu licznymi zajęciami, odmóżdzaczami i pochłaniaczami czasu, imprezami, bogatym życiem towarzyskim. Musimy się odważyć, by wystawić się na działanie Boga, mimo barier, które mogły wytworzyć zawiedzione relacje. Spróbować jeszcze raz ofiarować komuś serce, myśli i pragnienia. Dać szansę Bogu by nas wysłuchał.

