Last updated on 7 września 2020
Dlaczego Kościół powinien być jednością, złączony? Czemu jednocześnie funkcjonując jako samodzielne, niezależne jednostki, w której każdy jest powołany do kroczenia niepowtarzalna droga, zaprojektowana specjalnie dla niego przez Boga powinniśmy spotykać się i dzielić wiara, łączyć nasze modlitwy, wspólnie ofiarowywać wszystko co mamy na ołtarzu podczas Mszy?
Bo działamy jak płomień ciemna nocą. Każdy z nas niech będzie uzbrojony w świeczkę. Jedna osoba, która ma w sobie ogień wiary może przekazać światło każdemu, kto się do niej zbliży. Bo wystarczy jeden mały ognik by koniec końców zapłonęły świece każdego. Oczywiście im więcej nas jest, tym szybciej światło się rozprzestrzenia.
Im płoniemy mocniej tym dokładniej widzimy swoje twarze, lepiej siebie poznajemy, więcej szczegółów ukazuje się naszym oczom. O wiele łatwiej stanąć nam w prawdzie ze sobą. Wystarczy ze ktoś nam coś oświetli, wskaże jakiś punkt w nas, który może być jakąś raną, brakiem, smutkiem, niedoskonałością. Zaprowadzi nas do lekarza, przypilnuje byśmy nie zwiali sprzed drzwi gabinetu, będzie wielokrotnie przypominać o terminie wizyty.
My idąc przez życie, każdy z nas mając przed sobą zapalona świece, musimy dbać o ten płomień, chronić go przed zdmuchnięciem przez wiatr czy złośliwe osoby. Bo czasem wystarczy chwila nieuwagi, naszej słabości, a on zgaśnie. Staniemy się puści w środku, bo utraciliśmy nadzieje płynąca z kontaktu z Bogiem – wtedy może się pojawić osoba, która powrotem zapali w nas Bożą miłość, przypomni o Jego miłosierdziu i przebaczeniu. Im więcej osób obok siebie masz, które tak samo dba o swój ognik – tym większa szansa ze zawsze będzie choć jedna osoba, której świeczka będzie się tlić. Że znajdzie się ktoś, kto podzieli się tym ciepłem, jasnością.
A to co uderza najbardziej. Może się zdażyć, że ktoś wyjątkowo blisko się ciebie trzyma, bo przyciągasz go jasnością, która Tobie oświetla drogę, ale jemu wielokrotnie gaśnie świeczka. Jednak ty ciągle go ratujesz, przekazując mu „swój” ogień. Bo przyciągasz go tą jasnością. Sam uczy się ratować przed podmuchami odbierającą mu tę światłość. Aż w końcu udaje mu się. Powoli staje się samodzielny, robi coraz więcej kroków bez wołania „pomocy, jestem w ciemności”. Bo uczy się od Ciebie jak dbać o ten płomień. Wielokrotnie wychodząc mu z pomocą mogłeś stać się nagle powodem, że w końcu sam zaczyna stawać się tym, kto odpala świeczki innych osób.
W tym może przyjdzie niespodziewany podmuch i twoje, będące tak długo przy Tobie, światło zgaśnie. I nagle przyjdzie ta osoba. poda ci swoją świeczkę i przywróci ci życie w jasności. Chcesz mu podziękować, bo cię ratuje.
A on tylko mówi Ci „to TWÓJ OGIEŃ”.

