Przejdź do treści

Nie znam Cię

Jeden z dwóch momentów na łamach Biblii, gdy Jezus zapłakał. Ta sytuacja jest dla mnie niezmiernie wymowna, szczególnie patrząc no wszystko przez pryzmat obecnych wydarzeń, ruchów społeczno-religijno-politycznych i wychodzących na światło dzienne tragicznych sytuacji, zaniedbań, całego brudu Kościoła.

Nie ma dnia, kiedy moja wiara nie jest wystawiana na próbę. Codziennie uczę się trwać przy Bogu, samodzielnie, kierując uwagę wyłącznie na Niego. Bo wiem, że jeśli w tym wszystkim zgubię Jego, Jego miłość i relację z Nim to nie On, ale ja runę. Tak jak aktualnie zawala się wszystko dookoła. Dlatego żebym ja się jednak ostała codziennie spycham wszystkie rzeczy, wszystkie osoby z piedestału tego co najważniejsze i na najwyższym stopniu podium stawiam Boga, Jego doskonałość i nieprzeniknioność. Uczę się jak spotykać w tym chaosie Osobę, której zamysłów tak często nie umiem zgłębić, której słów spisanych na kartach Biblii tyle razy nie rozumiem. Ciężko mi odsuwać na bok ten świat i szukać wymiaru o jeden wyższego, Boskiego. Zamknięcie w domach, izolacja, brak spotkań z rówieśnikami, brak  pracy, zdalna nauka wkopuje człowieka w monotonie obowiązków i rozwoju duchowego. Często doświadczam takiej niemocy i poczucie, że już nie wiem czasem jak się modlić. Brakuje mi takiej chwili oderwania się od codzienności, zmiany, nowości, odnalezienia Boga w nowych miejscach, nowych ludziach, nowych zajęciach.

Widzę także, że moja relacja z Nim wchodzi w nowy etap. Następuje zmiana z zakochania, zauroczenia w miłość, która ma trwać na zawsze. Niezmiernie piękną, ale też niesamowicie trudną. Teraz przestaje to być wyłącznie branie, doświadczanie zaleczenia ran i umacnianie. Kolejnym krokiem jest wypełnianie posługi, szkolenie i trenowanie, możliwe próby i zwątpienia, niezrozumienia, kroczenie drogą, która nie zawsze wydaje nam się jasna, podejmowania decyzji, które dopiero po czasie zweryfikuje się czy były słuszne. Jest to także czas decyzji o zmienieniu siebie i ciężkiej pracy nad sobą, a nie jedynie okres pozwalania Jemu na działanie w swoim wnętrzu. Kluczowe są własne inicjatywy, własne zaangażowanie, własna gotowość i własne chcę wierzyć. Raz ofiarowany dar wiary musi być pomnażany. Codziennie staję przed decyzją, że rezygnuję z tego świata po to, by móc w Niego wierzyć. Dopiero potem, kiedy zrobiło się ten jeden krok ku Niebu, można zejść na ziemię, z sercem oddanym Jemu i gotowością, by przeżyć i wykorzystać każdy dzień w pełni.

Jednak często czuję, że ten świat powoli mnie znieczula. Coraz więcej piętnowanych grzechów, słabości ludzi, które tak mocno zamazują obraz wiary powoduje, że coraz częściej muszę sięgać po jedynie moją nić łączącą z Nim. W tym wszystkim, w zaciszu własnego pokoju, uczę się walczyć, by Go nie zgubić. Widzę coraz więcej chłodu, coraz więcej obojętności, coraz mniej determinacji by mówić ludziom o miłości i próbować wskazywać gdzie jest ratunek, coraz mniej chęci by wychodzić do innych, gdy na zewnątrz panuje taka wichura.  W sercu bez emocji coraz ciężej szukać Boga, który jest miłością.

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia”.

Łk 19, 41-44

Ten fragment trafia w moje, chyba dość nieczułe przez te ostatnie dni, serce. Dopełniony jest wczorajszą Ewangelią, gdzie jeden fragment rzucił mi się niesamowicie w oczy. Wcześniej za każdym razem czytając ten rozdział nie zauważałam go.

„Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: „Zarabiajcie nimi, aż wrócę”. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: „Nie chcemy, żeby ten królował nad nami”. Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dal pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał.

Łk 19, 12-14

Niesamowite jest to, jak zwięźle, dosadnie jest opisane nasze życie, a zarazem nadejście Boga. Przyszedł do ludzi tamtego czasu (przychodzi także do nas, w naszych czasach) i ofiarował im wiarę. Przykazał pomnażać i poszedł odebrać godność królewską. Dał się ukrzyżować. Krocząc ku zmartwychwstaniu ludzie za nim krzyczeli (i robią to teraz) w nienawiści i o nienawiści do Niego. Wypowiadają Mu posłuszeństwo, chcą Go detronizować. Tak jak On przyszedł zmartwychwstały i pokazał, że jest życie, tak my gdy po śmierci staniemy przed Jego obliczem doświadczymy momentu, że On odebrał swoją godność królewską.

To wszystko idealnie wpisuje mi się to w aktualną sytuację, gdy mam wrażenie, że aktualnie moja droga wiary jest wyłożona słowami nienawiści, poselstwami ludzi, którzy przez swoją odrazę do kościoła próbują mi wmówić, że nie powinnam obierać tej ścieżki. Czasami czuję się jak osoba, która ma jakby klapki na oczach, idąca przed siebie z celem skierowanym na Boga. Staram się nie patrzeć co i kto zostaje za mną, bo odrzuca tego Króla, któremu ja chcę oddawać chwałę. Przez to, któremu Bogu się kłaniamy, co stawiamy na tronie swojego życia można stracić każdego. Każdy może poróżnić się z każdym. Prawie każdy zajmuje jakieś (konkretne) stanowisko, co może zmienić całkowicie to, jak bliski lub daleki Ci jest.

Brzmi to jak kroczenie po trupach do celu. Ciężko kroczy się do przodu kiedy widzi się ile osób, swoimi decyzjami, przekreśla szansę na spotkanie Boga po drugiej stronie. Będą jak to Jeruzalem zburzeni, zniszczeni, zmiażdżeni, osaczeni nie tylko przez cielesną, ale duchową śmierć. Nad takimi ludźmi Jezus płacze, bo On przyszedł przecież po to, żeby temu zapobiec.

Jest jeden moment w Biblii, który ściska mi serce. Kiedy padają słowa Pana weselnego kierowane do nieroztropnych panien: „Nie znam Was”. Największa możliwa beznadzieja przez brak drogi powrotu i możliwości naprawy. Ogromnie boję się, że kiedyś stanę przed obliczem Jezusa. On wtedy odwróci do mnie tą zatroskaną twarz, skieruje na mnie wzrok pełen bólu i cierpienia i powie: „Nie znam Cię”. Są w naszym życiu takiego momenty, gdy ktoś nas tak zranił, zrobił tak przykrą rzecz i nie żałuje ich, nie chce przeprosić, nie czuje skruchy. Przestaje mu nagle na tobie zależeć. Bezpowrotnie odrzuca cię i twoją miłość. Poniewiera tobą, twoimi uczuciami, emocjami, tym co dałeś. Gardzi tym wszystkim, co było dla ciebie cenne, wszystkim, co mogłeś dać i dałeś i miesza to bezwzględnie z błotem. Wtedy mówisz mu: nie znam Cię. Nie taki byłeś, nie takiego Cię poznałem, nie z taką osobą byłem w relacji, nie jesteś osobą, z którą mogę mieć cokolwiek wspólnego. Tak samo wyobrażam sobie, że pod koniec życie będzie z Bogiem. Ujrzysz wszystkie momenty, kiedy odrzuciłeś Jego osobę, wszystkie chwilę gdy nim wzgardziłeś, oplułeś, znienawidziłeś i nie chciałeś się pojednać, nie chciałeś przeprosić, kiedy niszczyłeś i burzyłeś, wymalowane na twarzy. Zobaczysz rany w rękach, nogach zadane po to, żebyś Ty mógł żyć. Ujrzysz Jego miłość. Doświadczysz tego, że to wszystko było prawdą.

Ale już jest za późno. Padają tylko słowa:

ODEJDŹ, NIE ZNAM CIĘ.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *