Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze.
Mt 18,6
Jesteśmy na skraju upadku. Za chwilę może nie być miejsca na tym świecie, gdzie będziemy mogli przyjąć Jezusa do serca. Upadnie wiara, upadnie religia, upadnie obraz Boga w oczach wszystkich. Jesteśmy temu winni. Odpowiadamy za swoje słabości, grzechy, zaniedbania, ślepe narzucanie praw i nierozumne podążanie za nimi. Kiedy zamiast okazywać miłość pokazujemy twarz pełną oceny i wyższości, zamiast nadziei pokazujemy koniec i śmierć, zamiast wiary na lepsze jutro wlewamy strach o teraźniejszość. Pozbawiamy ludzi miłosierdzia i nie przebaczamy. Nie wychodzimy do innych z pomocną dłonią tylko pokazujemy taką, która wbija człowieka w ziemię. Zamiast przekazywać podstawy naszej wiary ładujemy w ludzi nakazami wielkiego kalibru, które nie mają szans spotkać się ze zrozumieniem.
Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.
Mt 18, 7
Brakuje nam ubóstwa duchowego i materialnego. Nie doświadczamy w pełni miłosierdzia, a przez to sami Go nie okazujemy innym. Nie jesteśmy dość smutni tym, że temu światu tak brakuje Boga, skoro swoim zachowaniem odciągamy innych od Niego. To w nas leży problem – jest nim brak nawrócenia.
Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie
Łk 13, 2-3
Nasze życie to gra pozorów, w której pokazywanie drogi Bożej to tak naprawdę świadectwo posłuszeństwa zupełnie innym bożkom. Pycha, bycia lepszym i mądrzejszym, podążanie za bogactwem, egocentryzm, dbanie o własne interesy. Chęć głoszenia by być słuchanym, a nie po to, by samemu móc coś z tego wyciągnąć i ciągle się uczyć. Dobrobyt i władza, luksus pewności o dzisiaj, jutro i pojutrze. Brak gotowości by dla Boga tracić w każdej sekundzie swojego życia. Jedno wielkie zakłamanie i fałsz. I tak oto wszyscy zginiemy. Chyba, że zaczniemy od naprawy siebie. Ujrzenia w końcu siebie w prawdzie. Zweryfikowania, kogo my tak naprawdę kochamy.
Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie!
Mt 18, 8a
Musimy podjąć radykalne kroki. Wyrzec się wszystkiego, co nas prowadzi ku grzechowi i co powoduje zgorszenie tych małych. Jesteśmy odpowiedzialni za każdego brata i siostrę, za to co w nich zaszczepiamy, czy w ich serca wlewamy miłość czy nienawiść. Czy chcemy wychodzić do nich z otwartością czy zamykać ich w klatkach z etykietami: grzesznik, który nie zasługuje na miłosierdzie. Jeśli tak robimy nigdy nie doświadczymy miłości Boga, a przez to nigdy sami nie będziemy mogli być prawdziwie Jego świadkami. Odcinamy się od źródła, fundamentu, prawdy, drogi, życia przez to jak postępujemy. Nie zauważamy, że nami rządzi pan tego świata – szatan. Nie mamy być radykalni wobec innych, a wobec siebie. To w nas mamy podejmować działania pełne ognia, pasji i zaangażowania. Ten płomień, który zapala Jezus ma jaśnieć w nas, a nie być miotany w innych. To my mamy świecić, być drogowskazem do Niego. Od nas zaczyna się nawrócenie innych. Ale nigdy tego nie osiągniemy jeśli sami skazaliśmy się na duchową śmierć.
I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego.
Mt 18, 9
Skreślamy ludzi, a nie widzimy, że wcześniej przekreśliliśmy swoją szanse na jakiekolwiek życie. Pozbawiliśmy się wszystkiego, co mogło by nas uratować. Odcięliśmy się od Niego, od krzyża. Stawiamy sobie pomniki z grzechu pychy, lenistwa, zarozumiałości, żądzy władzy, poczucia wyższości, bogactwa, egocentryzmu zamiast budować trwałe budowle mające cegły wykute z miłości, dobra, wyrozumiałości, braku potępiania, autokrytyki i refleksji nad sobą, nieustannej odnowy duchowej, pokory i chęci pojednania, byciem sługą wobec innych.
A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: «Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem” i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem
J 13, 12-15
Bycie uczniem Jezusa to umywanie nóg innym. To posługa, której nie wypełnimy jeśli będziemy chcieli sami przy tym się wzbogacać. Jeśli nie postawimy w centrum drugiego człowieka to nigdy nie uda nam się tego egzekwować. Problem leży w nas. Jaka jest nasza wiara? Kim dla nas jest Bóg? Co dostrzegamy kiedy wpatrujemy się w krzyż? Jak bardzo jesteśmy świadomi tego, że sami nie damy rady? Że jesteśmy grzeszni, ułomni, słabi? Że Jezus jest naszą jedyną drogą, prawdą, siłą, odkupieniem, nadzieją, ochroną i źródłem wszystkiego? Czy my w ogóle chcemy być Jego świadkami?
Dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do weryfikacji tego, czy my w ogóle możemy powiedzieć, że wyznajemy Jezusa zmartwychwstałego.
Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem.
Mk 12, 30
Bo tylko prawdziwie możemy mówić o tym, że On jest Panem naszego życia, jeśli te zdanie kładzie fundament pod całe nasze życie. Czy wiemy, że nasze serce pragnie, potrzebuje, woła o Jego miłość? Czy karmimy je codziennie Jego obecnością, słowem, nauką? Czy mamy je otwarte na próby, trudności? Czy jest ono gotowe by spotykać serca innych, które jeszcze tej miłości się nie dotknęły? Czy nasze myśli codziennie kierują nas ku życiu wiecznemu? Czy przeżywamy każdy dzień w perspektywie tego, że naszym celem jest zjednoczenie się z Nim tu i teraz, a także po naszej śmierci w królestwie niebieskim? Czy jesteśmy świadomi, że nasz umysł nie może pojąć Jego wielkości, majestatu, więc potrzebujemy wołać o Ducha Świętego, byśmy mogli go codziennie coraz lepiej poznawać? Czy pozbawiamy się nic nieznaczącej mądrości płynącej od nas, wychodzącej z naszej pychy i słabości, pragnienia bycia bogiem? Czy jesteśmy gotowi wyrzekać się siebie wiedząc, że tylko wtedy możemy stawać się podobnymi na Jego wzór? Czy nasz duch błaga o przebaczenie i go doświadcza? Czy wie, że bez ofiary Jezusa nie ma szans, by cokolwiek zdziałać, naprawić, zbudować? Ku czemu woła, jaki jest Jego stan? Czy w ogóle poznał cud uleczenia z ran zadanych przez grzech?
Czy my jesteśmy Jego świadkami? Czy przyjmujemy, że możemy być albo gorący, albo zimni? Że nie ma kompromisu, nie ma półśrodków, czegoś pomiędzy? Czy jesteśmy gotowi pozbawić się wszystkiego, co odciąga nas, ludzi, świat od Boga by uratować wiarę, kościół i przez to nas samych?

