Przejdź do treści

Wszystko na już…

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz stał się znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia.

Łk 11, 29 – 30

Czasem tak mamy – chcemy znać cel chwilowych trudności, prób, przeszkód, kłopotów. Dlaczego Bóg prowadzi ścieżką tak kręta, ciężką, łatwą do stracenia z oczu przez wir wydarzeń, spraw i obowiązków, pełną pokus i upadków? Żądamy wyjaśnień, upatrujemy sensu, staramy się w głowie przedstawić to w bardziej zrozumiałej, łatwiejszej do przyjęcia i poradzenia sobie z nią formie. A jednak są pytania – po co, w jakim celu, dokąd to zmierza, jak mogę ufać gdy jest tak trudno i niepewnie, czemu to się wydarzyło. Żądamy znaku.

Wszystko chcemy na już. Uważamy, że nam się należy i że powinniśmy wiedzieć. Czujemy się oszukiwani przez Boga, bo nie rozumiemy. Topimy się w uczuciach beznadziei, bo żyjemy chwilą – pozbawieni szerszej perspektywy w postaci wiedzy tego co wydarzy się w przyszłości. Wydaje nam się, że akurat ten upadek to koniec. Że nie ma już nic dalej. Nasza krótkowzroczność, boleśnie doświadczane ludzkie ograniczenia, okrojona eurydycja odnośnie przyczyn i następstw obecnej sytuacji – wszystko to rzutuje na to, czy będziemy gotowi przyjąć to, co Bóg nam przyszykował. Czy może w międzyczasie nie poddamy się i nie wpadniemy w studnię braku nadziei, sensu, perspektywy na poprawę, siły, prób czy po prostu miłości.

Ten fragment jawnie nam mówi – my chcemy wiedzieć. A tak naprawdę dopiero po doświadczeniu zmartwychwstania zaczniemy rozumieć własną drogę krzyżową. Ilukrotnie będziemy rezygnować z szansy na bycie ożywionym przez zatrzymanie na etapie śmierci – myśląc, że to koniec? Jak często upadek wydaje się pozbawić nasz wszystkich sił, które nam zostały? Czy wołamy o siłę, umocnienie by dojść do zmartwychwstania, a może większość swojej energii kierujemy na doszukiwanie się w tym wszystkim celu?

To wszystko jest cholernie trudne. Po prostu. Im się bardziej umacniamy w wierze, tym bardziej maluczki i niedoskonali czujemy się wobec Boga. Im bliżej Niego jesteśmy, tym więcej naszych błędów i niedociągnięć dostrzegamy. Im mocniej trwamy w Jego miłości i dobro, tym wrażliwsi jesteśmy na krzywdy i przykrości ludzi dookoła. Im jesteśmy silniejsi przez Boga, tym trudniejsze odkrywa on przed nami nasze ścieżki, bo wie, że więcej możemy. Nie jest tak, że w pewnym momencie jest tylko miło, przyjemnie i z górki. Każdy z nas boryka się z jakimiś rzeczami, mniejszego lub większego kalibru. Ale mamy wybór – pozwalać Bogu otwierać oczy na błogosławieństwa dookoła nas i uczyć nas się nimi karmić, uzbrajać nas w siłę i odwagę by radzić sobie z bólem i cierpieniem, uwrażliwiać nas na ludzi dookoła byśmy nie trwali w tej drodze sami, dawać nam nadzieje, że jest coś na końcu tej kamienistej drogi pełnej pułapek i przeszkód albo samemu próbować lawirować przez labirynt życia pogrążeni w mroku, zagubieniu, pełni ran duchowych, nieskorzy wybaczać sobie i innym błędy.

Życie tak czy siak będzie nas próbowało rzucić na kolana, i to wielokrotnie! Ale czy jednocześnie nie warto żyć nadzieją na zmartwychwstanie po czasie próby?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *