Last updated on 23 września 2020
A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć. Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi. Lecz Jezus zapytał: „Kto się Mnie dotknął?” Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: „Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają” Lecz Jezus rzekł: „Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie”. Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona. Jezus rzekł do niej: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!”
Łk 8, 43-48
Wszyscy zostaliśmy powołani do oddawania swojego życia za przyjaciół. W dosłownym znaczeniu tej frazy jest to piękny przejaw miłości wobec bliźniego. Jednak nasze zadania wyznaczone przez Boga nie mogą być jednowymiarowe, płytkie. Jedną z ciekawszych cech Najwyższego jest to, że dla każdego ma pomysł jak można w indywidualny, dopasowany do siebie sposób wypełniać Jego polecenia.
Jedną ze sposobności składania takiej ofiary jest niesienie pomocy innym ludziom – materialnej, psychicznej, fizycznej. Czasem wystarczającą asystą jest jeden gest, a czasem jest są to lata poświęcania czasu, uwagi, energii.
Obecnie istnieje wiele paradoksów i sprzeczności. Projektujemy i tworzymy coraz to nowsze rzeczy spełniające nasze najróżniejsze zachcianki, a zarazem czujemy coraz większą pustkę z powodu niezaspokojenia podstawowych pragnień. Mamy możliwość kontaktu z prawie każdą osobą na globie jednocześnie stając się społeczeństwem z rosnącą liczbą samotników. Mając niezliczone scieżki rozwoju i paletę zachowań, pasji, dróg życiowych by wykreować swój indywidualizm zarazem budzi się w nas coraz większe poczucie zagubienia, chaosu, braku własnego miejsca w świecie i nierozumienie swojego jestestwa. Nadmiar bodźców, które mają nas stymulować do życia zamienia nas w chodzące zombi bez życia, którym ulatują przez palce dni, miesiące, a nawet lata. Wydaje się, że pragniemy więcej i więcej, czynimy ile możemy, by to zaspokoić, a jednocześnie doskwiera nam coraz większa pustka w sercu. Mówi ona, że nie tak powinieneś szukać, nie tam powienieneś kopać, i że masz w ręku złe wskazówki, niewłaściwą mapę.
Został wśród nas zasiany nieustanny smutek, poczucie dezorientacji, samotność zintegrowana z dystansem wobec ludzi i uprzedzeniami do otwierania się na innych oraz ufania im. Powoduje to pojawienie się kryzysu wszystkich wartości. Coraz bardziej są zacierane linie moralności, często wmuszamy w siebie nowe aspiracje lub zajęcia by zagłuszyć, to co dzieje się w nas. Pomimo tego coraz mocniej pragniemy w tym świecie tak fundamentalnych spraw jak miłość, dobro, spokój.
Często spotykamy na swojej drodze te osoby, które są jak krwawiące kobiety inwestujące wszystko co mają, całe swe pragnienia, emocje, energię, talenty w kuracje wymyślone przez ten świat i nic im nie może pomóc. Są zdesperowane, gotowe do podjęcia całkowicie absurdalnych kroków by siebie uleczyć. Szukają latami – zawiedzione innowacjami, nowymi metodami i coraz bardziej pogrążone w braku nadziei, bezsensie. Ich serce staje się czarną dziurą zasysającą wszystko dookoła, co ma w sobie odrobinę życia.
Ciężko jest namz obcować z takimi ludźmi. Bo bardzo chcielibyśmy im pomóc. Jednak takie choroby, wynikające z braku Boga w życiu nie są w zasięgu tego, co potrafimy. Nie jesteśmy w stanie im pomóc inaczej, niż przez świadczenie, że na to jest jeden lek. My możemy go tylko wskazać, ale musimy uważać by nie wejść w działanie wychodzące jedynie od nas. Powinniśmy unikać poświęcenia tylko naszej uwagi, wysłuchania, zaangażowania, czy emocjonalnego przywiązania bez włączenia w to Ducha Świętego. Bez miłości wychodzącej od Jezusu zostaniemy emocjonalnymi wrakami, które będą dawać od siebie więcej i więcej, ale bez skutku. W wyżej wspomnianym fragmencie Ewangelii jest jasno napisane – tylko to co wychodzi od Boga ratuje, a wszystko wychodzącego z naszej ludzkiej rzeczywistości będzie bezskuteczne.
Myślę, że nie ma prostych wskazówek, które mają nam pomagać w tym, jak wyprowadzić ludzi z sytuacji „bez wyjścia”. Jedyne co możemy zrobić, to być świadomym, że są takie rzeczy, których bez Czyjejś pomocy sami nie uleczymy – nie ważne ile damy i co będziemy czynić. Możemy głosić o Bogu, próbować przybliżyć komuś Jezusa lub wołać do Ducha Świętego, ale też kluczowe jest dawanie świadectwa sobą – że Ciebie taka choroba nie męczy, że ty masz siłę żyć, że nie potrzebujesz dodatkowych lekarstw. Pokazuj, że odnalazłeś swoje miejsce w świecie, jesteś kochany i masz w sobie energię oraz życie. Skłaniaj ludzi do refleksji, do zadawania takich pytań jak: Co w tobie jest innego, dlaczego Ty, jako osobą wierząca, masz w sobie siłę i moc, by stawiać odważnie kroki każdego dnia, szukając dobra, budując wspaniałe rzeczy oparte na fundamentach w miłości i mierząc się z własnymi lękami, słabościami jednocześnie nie ulegając im.
Pokazujmy, że to wiara nas codziennie ratuje nas od marazmu codzienności, suszy w sercu, lawiny negatywnych, przygnębiających emocji czy udawania niby egzystujemy zamiast żyć w pełni.

